Zmiana odświeża

To nie będzie krótki tekst. Ani łatwy i przyjemny. Będzie na pewno budujący. Taką przynajmniej mam nadzieję.

Boimy się zmian. Lubimy komfort, budujemy go skrupulatnie jednocześnie minimalizując znaczenie tego co nas uwiera. Warto sobie zadać pytanie czy to co umniejszamy i ignorujemy nie jest krzykiem o zmianę na lepsze.

Zaskakująca zmiana
Wywróciłam pewne rzeczy do góry nogami, podjęłam wyzwanie zmiany. Nie pracuję już w XTB – firmie, w której budowałam doświadczenie i generowałam przychody jej i swoje przez niemal 10 lat. Szmat czasu, nieograniczona ilość wyzwań, projektów i dziesiątki fantastycznych osób, które poznałam na swojej drodze.

Zmiana zaskoczyła zadziwiająco wiele osób, mimo że dla mnie była naturalną koleją rzeczy. Domyślam się, że ludzie widzący moje zaangażowanie do samego końca, byli przekonani, że będę tam tkwić lata. Postanowiłam więc napisać o tej mojej zmianie, ale w konstrukcji tak uniwersalnej, że możesz z powodzeniem przełożyć ją na swoje życie.

DNA zmian
Czasem myślę, że od zmian jestem w pewnym stopniu uzależniona. Z jednej strony lubię pławić się w komforcie, pewności tego co mnie czeka w danym dniu. Z drugiej strony ten komfort bardzo mnie uwiera. Niewykluczone, że mój pozytywny odbiór zmian jest zakodowany w genach. Taki był mój ojciec, niecierpliwy, wciąż sięgający po coś nowego, średnio co 2 lata zmieniający rodzaj prowadzonej działalności, bo poprzednia się mu nudziła. Choć dzieciństwo miałam bardzo stabilne dzięki dającej komfort mamie, to zmiany nieprzerwanie były częścią naszej codzienności. Ale pierwsza mocno odczuwalna zmiana nastąpiła, kiedy miałam 12 lat. Umarł mój tak ciekaw świata tata. Żył jak chciał, pędził ze swoimi pomysłami na tyle na ile w Polsce lat 80’ i 90’ było to możliwe, pokonywał niepokonane. Złamał go nowotwór. A nas z mamą znacznie zmienił i wzmocnił na przyszłe lata.

Przy tej pierwszej zmianie wszystkie inne bledną i tracą na wartości. Ta pierwsza dała taką siłę do podejmowania kolejnych, że w zasadzie miło się je podejmuje 🙂

Każda zmiana jest podobna
Wszystkie kolejne zmiany, o których piszę poniżej, były w zasadzie podobne w warstwie zaskoczenia nowością i sposobów radzenia sobie z nimi. Każdą przechodziłam tą samą metodą.

Była patchworkowa rodzina i nietrafiona próba stworzenia normalności, z której wyniosłam rdzeń samodzielności wraz z przekonaniem, że nie jest łatwo zbudować relacje i że warto w nich dbać jednak przede wszystkim o siebie.

Liceum z dala od domu rodzinnego – mieszkanie u najbliższych memu sercu, ale jednak nie w domu. Lekcja siły i charakteru, kindersztuby i literatury. Wielka zmiana z wielkimi ludźmi. Pępowinę jest trudno odciąć, szczególnie po kilku latach spędzonych z mamą po śmierci taty. Całe szczęście mama jest na tyle silna, że była w stanie wypchnąć mnie w świat i dać otwartość na zmiany.

Studia. Przewidywalne, Finanse i Bankowość na Uniwersytecie Warszawskim. Robiło się wręcz nudno. Szczęśliwie skorzystałam ze stypendium Sokratesa i wyjechałam do Niemiec, co poszerzyło moje horyzonty. Potem magisterka i wybieranie nudnych tematów z kierunku. Moja promotor w końcu przystała na nietypowy temat – transfer technologii pomiędzy krajami Unii Europejskiej. Nie piszę o temacie pracy, żeby tym epatować, ale chcąc zaznaczyć, że nie musisz poprzestawać na nudnej rzeczywistości, że w większości przypadków da się tą rzeczywistość nagiąć. Wtedy ta praca magisterska otworzyła mi oczy na interdyscyplinarność, na to że dobrze jest być mocnym w bazowym kierunku, ale jednocześnie łapać wiele więcej.

Zmianoholik
Po studiach przyszedł czas na to co ciekawe. Po takim kierunku mogłam iść do korpo, mogłam do struktur bankowych czy tam gdzie byłoby komfortowo. Rozglądałam się nie będąc przekonaną o tym co właściwe. Chodziłam na różne szkolenia, żeby liznąć jak najwięcej tematów, żeby sprecyzować zainteresowania. Tak trafiłam na XTB. Trochę z przypadku, napewno zaintrygowana. Firma, a raczej firemka, o której nikt nic nie wiedział. 10 osób zatrudnienia, a może i mniej. Ludzie z ambicją, energią do działania, z fantazją. Dołączyłam do działu sprzedaży, “na słuchawę”, pensja śmieszna, przyszłość nie do ogarnięcia. Bardzo szybko znudziłam się rutyną sprzedaży. Fantastycznie wyczuł to mój ówczesny szef, wykorzystał potencjał i moją wiedzę z zakresu analizy rynku i popchnął do mediów. To dopiero była zmiana! W TVN na żywo! Ja świeżo po studiach, przypudrowana tak, żeby nie było widać młodego wieku, a i tak rzucał się w oczy, bo nigdy nie wyglądałam na swój wiek i nadal nie wyglądam, choć teraz zaczyna mnie to cieszyć. Media były dla mnie ciekawe, ale po jakimś czasie znów stały się rutyną. A XTB zaczęło nabierać wiatru w skrzydła. Pojawiła się możliwość wyjazdu za granicę, żeby otworzyć jeden z pierwszych zagranicznych oddziałów. Miał to być Mediolan. Brzmiało jak bajka. Niestety Włosi okazali się standardowo opieszali, więc Mediolan odsuwał się w czasie, a ja grzęzłam w rutynie coraz bardziej. Pojawiła się w końcu inna możliwość – Bukareszt. Rumunia? Już nie tak sexy jak Włochy, ale co tam. Musi być pierwszy krok. W międzyczasie okazało się, że brakuje obsady na Niemcy, a z Niemieckim byłam za pan brat. Wzięłam więc Frankfurt.

Zapytana
“to kiedy możesz lecieć”,
powiedziałam niezbyt wiele myśląc
“za 3 dni”.

Deklaracja tak krótkiego terminu padła, a nie w moim tonie jest odkręcanie czegokolwiek 🙂 Po co zresztą dłuższy czas na ckliwe pożegnania, na zbyt wiele myśli. Wyjechałam zostawiając świeżą miłość, mojego obecnego męża – bez planów terminu powrotu, bez ustalania “co z nami”. Wyjechałam po zmianę, po przygodę, po doświadczenie. W wieku 26 lat, z psem – dziś myślę, że uratował moje zdrowie w zawodowym samotnym maratonie, który mnie czekał. Zaczęły się lata pędu po wiedzę, po nowe, wciąż po coś ciekawszego, lata ćwiczenia kreatywności, doczytywania tego czego życie jeszcze mnie nie nauczyło, podpatrywania innych. Wyjechałam, postawiłam XTB w Niemczech, od zera. Były to dwa lata pracy na wariackich papierach, które nauczyły mnie siły, poczucia samowystarczalności i wyrobiły umiejętność wnikliwej obserwacji wszystkiego co mnie otacza. Po tych dwóch latach miałam rozwijać Francję, kolejny projekt, któremu nie można powiedzieć tak po prostu “nie”. Kolejny tak ciekawy, że aż uwierał mnie ten już niby-komfort codzienności, w której wtedy byłam. Odezwał się głos rozsądku wspierany przez głos mojego obecnego męża.
Co z życiem prywatnym? Ile potrwa ta Francja? Kolejne 2-3 lata? Co potem? Czy nasz związek te 2-3 lata przetrwa? Pewnie nie.
I wtedy zdarzył się Jaś! Jasiek, dziś rezolutny pięciolatek, rozwiązał wszystkie dylematy. Decyzja o powrocie była szybka, a ja byłam zadowolona, że nie muszę jej podejmować “sama”.

Nie byłam przekonana czy chcę pracować w XTB, już pod tym samym adresem co mój partner. Nie byłam pewna, czy przełożeni będą tego chcieli. Chcieli. Dostałam opcję przejęcia kontroli nad Polską, Węgrami i Rumunią (potem do listy dopisane zostały mi też moje Niemcy). To dopiero wyzwanie! Takim projektom po prostu nie mówi się nie! Przygotowałam więc przekazanie Niemiec komuś innemu i w 5-tym miesiącu ciąży przerzuciłam klamoty do Warszawy. Do końca ciąży wypadało zobaczyć co się dzieje na Węgrzech i w Rumunii. Poleciałam, choć rodzina pewnie do dziś uważa mnie za mało obliczalną. Do końca ciąży przejmowałam i ustawiałam procesy w Polsce, na Węgrzech i w Rumunii. To był czas pełen wyzwań i pełen energii, choć lekarze regularnie pytali – „To kiedy idzie Pani na L4?”!

Jasiek urodził się po terminie, super zdrowy, super fajny 🙂 Ale mnie uwierał macierzyński. Zresztą co się dziwić przy takim tempie codzienności jaką się ma do końca ciąży. Wróciłam więc szybko, po 2 miesiącach. Kupiliśmy w międzyczasie mieszkanie, trzeba było je urządzić. Praca w biurze sama się nie zrobiła, a na dodatek moja druga połówka przygotowywała się do egzaminu adwokackiego. Dużo na głowie? Dużo, ale postanowiliśmy dorzucić sobie przygotowanie do ślubu. Jak dziś ktoś mi mówi, że przygotowania do ślubu zajmują masę czasu, to wpadam w naprawdę spore rozbawienie. Moje przygotowania zajęły w porywach sumarycznie dzień, kiecka była fantastyczna, a impreza przednia.

Niestrawna nuda
Wróćmy jednak do zmian. Po tym szaleńczym eldorado wszystkiego co nowe nastąpił czas rutyny, prawie nie do zniesienia. Niby w pracy nie mogłam narzekać, bo tam zawsze przytrafiało się coś nowego, ale jednak czułam lekkie znudzenie.

Zaczęłam próbować deweloperki. Podjęłam się dosyć ambitnego projektu, który dziś mogę uznać za udany. Działalność po godzinach, praca na etacie i małe dziecko przez pewien czas wypełniały moją ciekawość świata.

I wtedy dostałam awans na zastępcę dyrektora całego pionu klienta indywidualnego w XTB. I wtedy też dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży. I wtedy też dowiedziałam się, że prawdopodobnie będą to bliźniaki!?!?
Pierwsze co pomyślałam, to nie jak będzie ciężko w domu, tylko czy dam radę działać do końca ciąży! Dałam, do samego końca, przy przerażeniu innych, a sama rozbawiona i upojona tą nadchodzącą nowością. Praca w tym czasie była pasjonująca, pełna ciekawych projektów, łapałam ile można, żeby zbierać więcej i więcej doświadczenia.

Urodziły się Hania i Marynia. Cudowne, wynoszone do końca, po 3 kg każda! Dom z trójką dzieci rutynowy bynajmniej nie jest 🙂 Ale nie jest też tak bardzo ciekawy, gdy jeszcze niedawno było tyle super zawodowych wyzwań. Znów więc wróciłam wcześnie, a w zasadzie w ogóle nie odeszłam z posterunku – można przecież pracować online. Online pracowałam już z sali pooperacyjnej – dziewczynki były na oddziale niemolęcym, a ja kilka godzin leżałam na wznak po cięciu cesarskim. Nie dało się tak po prostu leżeć. Do dziś pewnie niektórzy uznają mnie za wariatkę, a mnie szczególnie to nie interesuje. 🙂

Ostatnie 2 lata to lata power-macierzyństwa i wyzwań z nim powiązanych. To lata super szczęśliwego macierzyństwa, bo mam zdrowe i pełne energii dzieci. Oczywiście jest klapa jeśli są przeziębione, albo wymiotują – wtedy w domu można dostać szajby. Praca staje się w takich momentach wybawieniem, masz w co się zaangażować i zamartwiasz się zdecydowanie mniej.

Moja praca przy tym domowym szaleństwie była nadal polem walki pełnej wyzwań. Natomiast gdy dziewczyny zaczęły chodzić, komunikować się i w domu już można było odpocząć, okazało się że ja chciałabym trochę więcej zmian i poszerzenia horyzontów na polu zawodowym. XTB weszło na giełdę, z sukcesem, działo się dużo. Ale moje zainteresowania mogły być realizowane w części, a chciałam więcej. Uwierało mnie ograniczenie realizacji pomysłów, które tliły się z mniejszą lub większą siłą. I nie dlatego, że XTB przestało się rozwijać, a dlatego że moje pomysły były niestandardowe jak na obszar działalności firmy. Poza tym – ileż można pracować z mężem w tej samej firmie. I tak wytrzymaliśmy długo, bo 8 lat, co uznaję za wielki sukces.

Zmiana odświeża
Przyszedł czas na nowe.

Zmiana jest trudna, to jasne. Zmiana jest wyzwaniem. Wciąż słyszysz “wyjdź ze strefy komfortu, podejmij wyzwanie zmian”. Problem w tym, że jeśli ten komfort jest rzeczywiście wygodny i społecznie pożądany, trudno jest podjąć zmianę. Do zmiany trzeba planu i odwagi. Jeśli uwiera Cię codzienność, przemyśl opcję zmiany. Przygotuj się na nią dobrze, o ile rzeczywiście jest warta podjęcia.

Ja mam nareszcie czas na wdrożenie tych wszystkich pomysłów, które pielęgnowałam przez ostatnie lata, i na które nie miałam czasu. Bo rutyna to jedno, a poczucie obowiązku na polach, w których działałam to drugie. Czasem doba jest trywialnie za krótka i nie ma możlwiości jednoczesnej realizacji super planów, dbania o rodzinę i pracy na etacie. Oczywiście można próbować, ale nie warto, jeśli szanujesz zdrowie i życie. Jako dziecko byłam świadkiem braku tego szacunku i podejmuję wyzwanie dożycia późnej starości. Czasem może wydawać się, że tyram ponad normę, ale tyram w granicach moich sił. Nic ponad miarę, ponad wyznaczone sobie jako tako rozsądne limity. Dlatego, żeby realizować się dalej, potrzebuję zmiany, która zaskoczyła tak wiele osób z mojego otoczenia.

Nareszcie mam czas na orkę w tym co lubię 🙂 Dałam sobie kilka tygodni luzu, ale już po kilku dniach widzę, że nici z tego luzu. Zaczyna się dziać! A ja łapię wiatr w skrzydła i zaczynam znów czuć siłę sprawczą.

Zmiana rozpracowana

Na koniec jeszcze dodam bardzo ważną rzecz. Do gotowości do zmian potrzebna jest Ci pewna mantra, prawda która da Ci siłę. Moją jest krótka, ale mocna – “ważne są tylko zdrowie i ciekawość nowego”. I dlatego:

– Problemy nie mają wielkiego znaczenia, są wyzwaniami, trzeba je po prostu załatwić.
– Rzeczy, których chcesz się podjąć, są projektami do zrealizowania.
– Nie emocjonuję się aż tak bardzo, nie czuję paraliżującego strachu.
– Kolejne zmiany to tylko kalki poprzednich. Im więcej ich spotkasz, tym łatwiej będzie Ci je podejmować.
– To co warto trenować z dyscypliną to ciekawość nowego, chęć poznania i zapanowania nad tą nowością.
– A to co ma największą wartość to zdrowie. Wtedy można przenosić góry.

Na dziś starczy. Niebawem więcej o tym w jaki sposób i kiedy warto podejmować zmiany, a nie tylko o nich bajdurzyć!

Powodzenia w Twoich decyzjach 🙂

charging_power
„Znajdź czas na wdrażanie pomysłów”

Podobała Ci się lektura? Poleć znajomym! Niech skorzystają!
Zapraszam też do czytania innych wpisów M&L, komentowania i udostępniania 🙂