Trzeba znać sztukę wojny by pracować w korpo…

Wiele się nasłuchałem i przeczytałem o tym jak praca w korpo to ciągła walka o przetrwanie. To dżungla, gdzie tylko najsilniejszy przetrwa. A jeżeli nie najsilniejszy, to przynajmniej ten najbardziej cwany czy ten, który najmocniej i najprzyjemniej tyłek liże temu komu trzeba. No cóż, ja pracuję w firmie, która staje się korporacją. Jestem związany ze swoim pracodawcą od ponad 8 lat i tak naprawdę wraz z Izką tworzyliśmy tę firmę. Jesteśmy jednak świadkami przeistaczania się naszej firmy w korporację. Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy małą grupą młodych, pięknych, gładkich i ambitnych finansistów (i nic się w tym zakresie nie zmieniło…:)). Ja dołączyłem gdy zatrudnionych było może ze 30-40 osób? Obecnie head count (yeah! trochę wstawek anglistycznych!) liczy prawie 300 osób globalnie. Może to nie takie korpo w jakim wy pracujecie (tak wiem…część z was pewnie pracuje w globalnych spółkach zatrudniających tysiące ludzi i mających biura na strasznym warszawskim Mordorze…), no ale sporo się zmieniło. A to procedury, a to biurokracja, a to czas załatwiania spraw. Wcześniej, sporo spraw załatwiało się „na gębę”. Teraz to trzeba w jakieś systemy wrzucać, maila wysyłać żeby mieć podkładkę i nie mamy już herbaty smakowej (kurde no)! Siedzę w tym biznesie już 8 lat i chyba to lubię. Gdybym tego nienawidził, to pewnie zmieniłbym robotę. Pracuję jednak z naprawdę fajnymi ludźmi i to chyba dzięki temu przychodzę do roboty z przyjemnością. Również dlatego, że jest ona pełna wyzwań. Branża, w której pracuję, zmienia się bardzo szybko, jest dynamiczna. Ja lubię dynamizm i zmianę więc może dlatego mi odpowiada. Liczę się jednak z tym, że niedługo będę w korpo w wersji full. Muszę więc poznać tę magiczną sztukę wojenną przetrwania w korpo aby po prostu przeżyć, tak?

Czemu nawijam o tej sztuce wojennej? Bo to tytuł najbardziej znanego traktatu, kanonu literatury militarystycznej. Autorem „Szutki wojny” jest Sun Tzu, wybitny chiński generał i strateg żyjący prawdopodobnie w VI wieku przed naszą erą. Ta książka to klasyk dla każdego managera. Zaskoczony? Przecież to książka o sprawdzeniu wojny a nie o biznesie. Jednak traktaty Sun Tzu są ponadczasowe i dają się zastosować nie tylko w sferze biznesu ale też innych dziedzinach życia. Będę wracał do tej pozycji wielokrotnie gdyż uważam, że zawarte w niej myśli naprawdę zaskakują współczesnością (mimo, że napisane ponad 2500 lat temu). Książka ta jest lekturą obowiązkową każdego managera, więc pewnie wasz przełożony też do niej zajrzał. Wy też pewnie ją czytaliście albo chociaż słyszeliście o niej (błagam, powiedzcie, że chociaż słyszeliście!). Dlaczego do niej nawiązuję? Tyle się słyszy, że korpo to pole bitwy i że właśnie znajomość sztuki wojennej to obowiązek. Ale czy naprawdę trzeba walczyć non stop? Myślę, że nie. Nie każdą walkę da się wygrać. Nie ukrywam jednak, że pewne myśli zawarte w tym traktacie są bardzo pomocne w życiu. Z drugiej strony, są kurde w miarę logiczne. Nie trzeba być Einsteinem, żeby je pojąć. Przykłady? Proszę bardzo:

  1. „Jeśli znasz prawdziwe siły przeciwnika, przygotuj się na starcie. Jeśli jest on bardzo silny, unikaj go” (Rozdział 1, „Wstępna ocena”) – no chyba logiczne. Próbujesz walczyć z kimś w firmie? Super, ale co jeżeli to przydupas najwyższego szefa? Nie wygrasz tego więc raczej unikaj gościa. Z drugiej strony, my faceci to tacy Spartanie – nawet jak sprawa przegrana to i tak rzucimy się na „przeciwnika”. Dostaniemy po tyłku no ale nie wypada nam odpuszczać. Kobiety są tu jednak mądrzejsze (sprytniejsze…) w takich sytuacjach.
  2. „Atakuj, gdy jest (przeciwnik. Przyp. Autora) nieprzygotowany” (Rozdział 1, „Wstępna ocena”) – no pewnie, że tak. Walczysz o awans z kolegą z działu? No to zacznij podlizywać się szefowi gdy ten (ta?) jest na L4. Albo bardzo zajęty jakimś ważnym projektem.

Ja jestem jednak bojowo nastawionym gościem, takim walczakiem. Stąd też z wielką ciekawością (i wypiekami na twarzy..takimi jak dziewczyny oglądające kolejny film ze starzejącym się, ale wciąż kapitalnym Bradem Pittem) przeczytałem Rozdział 3 „Planowanie ofensywy”. W tym rozdziale, Sun Tzu wymienia pięć przesłanek do zwycięstwa (w bitwie ale oczywiście my tłumaczymy to na swoje korpo life):

  1. Kto wie, kiedy może walczyć, a kiedy nie może, odniesie zwycięstwo.
  2. Kto wie, jak zaprząc do walki duże i małe oddziały, odniesie zwycięstwo.
  3. Ten, kogo wyżsi i niżsi rangą żołnierze mają te same pragnienia, odniesie zwycięstwo.
  4. Ten, kto jest w pełni przygotowany i czeka na nieprzygotowanych, odniesie zwycięstwo.
  5. Ten władca, który ma zdolnego generała i nie wchodzi mu w drogę, odniesie zwycięstwo.

Każdy sobie oczywiście tłumaczy powyższe stwierdzenia na swój sposób ale chyba są w miarę logiczne, prawda? Spróbujmy po kolei:

  1. Chcesz powalczyć o podwyżkę? Masz argumenty (wiesz kiedy możesz walczyć) to wygrasz i ją dostaniesz (no cóż..każdy z nas ma niekumatych szefów i może się zdarzyć, że nie…)
  2. Jesteś managerem i masz pod sobą mniejsze i większe zespoły? Jeżeli będziesz potrafił zarządzać (motywować) i jednymi i drugimi, będzie bajecznie.
  3. Jesteś wysoko postawioną szychą (czyli masz miejsce parkingowe w podziemnym garażu w biurowcu) więc masz pod sobą managerów wyższego i niższego szczebla. Jeżeli jednym i drugim sprzedasz (umiejętnie) swoją wizję, to osiągniesz cel.
  4. Domykasz deal’a. Jeżeli wiesz wszystko o tym deal’u, a druga strona mniej, zawrzesz taką umowę, dzięki której firma zarobi, a ty w nagrodę otrzymasz uścisk dłoni prezesa.
  5. Nooooo to akurat ważne. Dowodzisz całym oddziałem (jesteś szeryfem na cały kraj? region?) a pod sobą masz managera, który zarządza zespołem bardzo umiejętnie? Nie wpieprzaj mu się w robotę bo coś popsujesz.

Nauki Sun Tzu można interpretować na wiele sposobów. W tym wpisie starałem się w przedstawić te raczej logiczne wyjaśnienia. Nie ukrywam, że „Sztuka Wojny” to kapitalna lektura, dzięki której, można się wiele nauczyć. Słyszałem o niej już parę dobrych lat temu. Jednak jako pracownik niższego szczebla raczej skupiałem się na robieniu wyniku a nie na lekturach dla manegerów. Trochę też nabijałem się z tych wszystkich „dyrektorków” cytujących „Sztukę…” jako ich przewodnika po życiu w korporacji. Teraz sam ją cytuję. Ironia? Nie, raczej zrozumienie, że faktycznie filozofie starożytnych Chin wyprzedzały swoje czasy. No dobra, nie przynudzam już was więcej. Do Sun Tzu będę wracał. A was zachęcam do lektury. Książka nie jest jakąś cegłą więc dacie radę. A myśli w niej przekazane przydadzą się wam nie tylko na korporacyjnym polu bitwy, ale też w życiu.

 

Grafika: freeimages.com/sardinelly