Jak schudłem 12 kg w 4 miesiące?

Nooooo, żarłem mniej? A tak na poważnie, to nie ma za tym jakiejś wielkiej historii ani magii stąd uważam, że każdy może. Zacznę od początku. Od zawsze trenowałem sport a przede wszystkim wyczynowo tenis. Dzięki niemu, dostałem stypendium w Stanach gdzie skończyłem studia. Od małego więc miałem do czynienia ze sportem. Teraz tak – pewnie wielu z was czyta lub czytało te wszystkie porady co trzeba zrobić, żeby schudnąć, żeby dupa była mniejsza. Zazwyczaj przeczytacie że:

1. Odżywiaj się zdrowo – odstaw ze swojej diety produkty z glutenem, srenem, tłuszczami takimi i owymi, oraz jedz to zielone, unikaj tamtego
2. Zacznij się ruszać – spacer, rower, do biura właź po schodach a nie windą….
3. Licz kalorie – ten produkt ma tyle, tamtem tyle….
4. Ruszanie się jest ważne ale bez odpowiedniej diety…
5. Trener personalny ustawi ci trening, że…..
6. Trzeba być zdeterminowanym i szczegółowo śledzić zalecenia….
7. i wiele innych pierdół

Opowiem wam jak ze mną było. Gdy zacząłem pracę w Polsce po powrocie z USA, w miarę trzymałem formę. Potem jednak tę formę straciłem a wraz z awansem w firmie, wyjechałem do Budapesztu prowadzić oddział Węgierski mojego pracodawcy. Tam niestety okazji do uprawiania sportu miałem niewiele, pracy było spor, a dodatkowo parę fast-foodów niedaleko biura. Gdy więc wróciłem do Polski w Październiku 2012 roku, byłem taki trochę szerszy – przy wzroście 178cm, ważyłem ok. 84-85kg. Dużo? Mało? No cóż, oponka była (i to spora) a do tego pełny księżyc na twarzy. Co lepsze, w ogóle mi nie przychodziło do głowy żeby zrzucić ten dodatkowy balast. Jakoś sobie myślałem, że dziewczyny i tak polecą na mój urok osobisty. No cóż, nie leciały. Jeżeli chodzi natomiast o pracę, okazało się, że w mojej nowej roli mam jeszcze więcej obowiązków. Trzeba było wiele rzeczy poustawiać, ugasić kilka pożarów i zmotywować zespół, który był na dnie. Skutkowało to nadgodzinami i późnymi powrotami do domu, często na mocnym wku..wnerwieniu. Jak ktoś wraca wnerwiony po pracy do domu to musi się jakoś wyładować. Ja nie jestem z tych co sięgają po piwko i włączają telewizję (owszem, oglądam, ale głównie sport). Aby się wyżyć, zacząłem wychodzić biegać. Ok., pierwsze tygodnie to katastrofa. Trochę ciężaru do targania ze sobą miałem. Bolały kolana, bolały płuca. Ale pomagało mi to na maksa się odprężyć. Po takiej przebieżce (uwierzcie mi, nie liczyłem kilometrów, tylko czas) umysł miałem czysty. Wtedy, przebiegnięcie 5km zajmował mi pewnie ok. 45 minut. Dramat. Gdy już miałem rzucić to w cholerę, stanąłem na wadze. I co widzę? 80kg!!! Nie no…odżywiam się gównianie tak jak się odżywiałem, jedyne co zmieniłem to, że ruszyłem tyłek wieczorem po pracy. I waga spada! Jadę więc dalej. Biegam sobie wieczorami i wszystko fajnie. Ale wiecie co? Im więcej biegam, tym części chce mi się jeść. Już nie chce czegoś dużego ale czegoś co zaspokoi głód na szybko. Wchodzę w net i wyczytuje, że gdy człowiek ćwiczy, zmienia mu się metabolizm i organizm domaga się paliwa. Co więc zacząłem robić? Po pierwsze: jeść śniadania. Nic wielkiego, ale chociaż coś. Zauważyłem, że bywam głodny częściej, ale aby zaspokoić głód wystarczy mi coś mniejszego. Czyli automatycznie i bez analizowania, zacząłem robić to co zalecają specjaliści – zacząłem jeść mniejsze porcje ale częściej. Waga zaczęła spadać, a ja się cieszyłem. Po ok. 4-5 miesiącach, stwierdziłem, że trochę tak nudno tak tylko biegać (biegałem codziennie) więc wziąłem z firmy kartę Multisport i zacząłem latać na siłownię. Mięśni dawno nie ćwiczyłem, więc znowu było ciężko. Dodatkowo, na siłce wbijałem się na zajęcia „płaski brzuch” (czy jakoś tak). Efekty przyszły po kolejnych 2-3 miesiącach. Gdy już waga spadła do naprawdę fajnego poziomu, zacząłem się umawiać z kumplami na tenis (byli tenisiści, koledzy z kortów z lat młodzieńczych) oraz dołączyłem do ekipy grającej w piłkę w amatorskiej lidze w Warszawie (o tym może w innym wpisie). To wszystko spowodowało, że moja waga spadła do ok. 71-72 kg. Może trochę mało. Czuję się jednak z tym dobrze. I wiecie co? Nie zmieniłem w ogóle diety!!! Owszem, zacząłem jeść mniejsze porcje i częściej (tak ze 4 posiłki dziennie) ale nie zwariowałem. Zdarza mi się raz na ileś zjeść pizzę, hamburgera czy też kebab. Patrząc na siebie nie wierzę w te wszystkie farmazony o tym co trzeba zrobić żeby naprawdę schudnąć. Pewnie, nie mówię tu o tych, którzy mają zaburzenia żywieniowe bądź są genetycznie podatni na tycie. To rozumiem. Ale nie wierze, że ktokolwiek z was, kto ma oponkę lub grubą dupę znajduje śmieszne wytłumaczenia, że nie może tego zrzucić. Co ja robiłem i robię? To rady kolesia, który zrzucił bebech, trochę go wyrzeźbił (yeah! ladies?) i utrzymuje wagę od ponad 2 lat:

1. jedz śniadanie – jakiekolwiek. Ja jadam te kulki nesquicka, w które wkrajam banana i zalewam mlekiem. Robię to po 6 rano bo wtedy wstaję. Wtedy też, idzie pierwsza kawa.

2. Jadaj mniejsze posiłki ale częściej – o tym chyba piszą wszędzie ale akurat się sprawdza. Po śniadaniu w domu, walę drugą kawę po przybyciu do biura (czyli ok. 7 rano) a potem drożdżówka lub jogurt z bułką (nie musi być „ciemna”..nawet mleczna bo lepiej smakuje!) na drugie śniadanie. Obiad raczej lekki ok. 11-12 godziny. Ok. 13 jadam albo sałatkę albo znowu jakąś bułę, a kolację ok. 18.00.

3. Rusz dupę – nieważne jak mocno, po prostu ją rusz. Na początek spacery wystarczą (nie chcemy obciążać kolan), potem trochę biegu. Będzie ciężko ale po ok. 2 miesiącach już dłuższe dystanse (czyli ponad 5km) będziecie mogli spokojnie biegać. Ja po pracy biegam, albo chodzę na siłownię. Do tego gram w piłkę (w lidze biznesowej z chłopkami z firmy a na weekendach w lidze akademickiej) i od czasu do czasu w tenisa.

4. I to wszystko…..

Naprawdę, nie ma w tym większej filozofii. Ja wiem, że niektórzy mają genetyczne skłonności do tycia i nic nie pomaga. Inni nie mają czasu (praca, rodzina, coś tam jeszcze) lub możliwości. Możliwości??? Pracujecie w korpo i nie macie w socjalu karty sportowej? Z nią możecie chodzić na siłkę lub basen. Obowiązki rodzinne? Jasne, kumam. Ale czy wy chcecie biegać 3 godziny na dworzu? Lub spędzić 4 godziny na siłowni? Come on. Ja na siłce spędzam 40 minut. Tyle czasu (mniej więcej) biegam. Więcej wam nie trzeba. Wystarczy tylko chcieć. Prosto powiedzieć? Bzdura. Jeżeli taki leń jak ja dał radę, to znaczy, że każdy może.
Piszę to wszystko bo z własnego doświadczenia wiem, że zrzucenie wagi to nie żadna fizyka kwantowa. Nie wierzę w żadne diety (sam nie przestrzegam bo i pizza czy burger raz na jakiś czas jest…oczywiście nie codziennie. Aha, po każdym posiłku muszę zjeść coś słodkiego typu czekolada lub batonik…) ani plany treningowe. Jasne, o wiele łatwiej jest jak ktoś nam rozpisze zarówno co jeść i jak ćwiczyć. Ale przecież i tak egzekucja tego planu zależy od was. Można to wszystko zrobić samemu, wystarczy tylko trochę (naprawdę trochę!) chęci. Wierzcie mi, pracując w korpo (no prawie korpo…), czyli też siedzę przed ekranem, chodzę na spotkania biznesowe (które są podsumowaniem poprzednich spotkań) i jadam jak wszyscy (kantyny w biurowcach, chińczyk niedaleko lub „zamawiamy dziś pizzę?”). Daję jednak radę i to bez jakiegoś mega poświęcenia.

A jakie są wasze doświadczenia? Albo inaczej, jakie są wasze tłumaczenia?:)

 

Grafika: freeimages.com/Joshua Tan