Jak kupować nie tracąc czasu i nadmiaru pieniędzy

Przy trójce dzieci zakupy są moją wręcz irytującą częścią codzienności. Artykuły spożywcze codziennego użytku, oczywiście dla każdego coś innego, bo każde z dzieciaków ma inne smaki, a my dorośli też lubimy swoje smakołyki. A spożywka to dopiero początek. W kolejce stoją dziesiątki innych potrzeb, a to niezliczone dziecięce ubranka, bo te obecne są dziwnym trafem wciąż i wciąż za małe, a to nowe buciki, tony pieluch, środki piorące, karma dla psa, kilogramy parafarmaceutyków, kosmetyki i inne specyfiki. Do tego modowe fanaberie nas dorosłych (szczególnie moje), które schodzą z każdym rokiem na coraz dalszy plan, bo praca się zadziwiająco sama multiplikuje, a po pracy szkoda czasu na centra handlowe. Jak pogodzić to co trzeba kupić z tym co miło kupić i z czasem, który wciąż jest ograniczony? I jak nie przepłacić? W gruncie rzeczy całkiem łatwo – o ile wdrożysz kilka tricków.

Zakupowe priorytety
Dziś wszystko możesz kupić w markecie, ale też wszystko załatwisz przez Internet. Niektórzy uparcie trzymają się zasady, że pomidory należy “pomacać” w sklepie, żeby kupić odpowiednio czerwone i oczywiście każdy solidnie wybrany, w żadnym razie obity. Inni twierdzą, że poprostu muszą poprzechadzać się między regałami, aby kupić wszystko czego potrzebują. Mnie market ani nie bawi, ani nie przyciąga. Odstrasza natomiast ten czas, który muszę spędzić na dojazd, wyszukanie dziesiątek pozycji listy zakupowej wśród regałów, w końcu dodźwiganie kilogramów z samochodu do domu. Jak nic 2 godziny. Dwie! Szaleństwo! 3 treningi biegowe, 2 godziny śmiechu z dziećmi, 2 godziny wybornej lektury lub pasjonującego filmu zamiast półek marketowych.
Zatem zrób priorytety. Jeśli macanie pomidorów jest dla Ciebie na tyle przyjemne, żeby stawiać je nad ponadprzeciętny film, OK – chwytaj marketowy wózek i do biegu! Jeśli jednak ważysz czas na inne przyjemności, odpuść i zamów spożywkę przez “neta”. Przywiozą Ci do domu, wniosą, zapłacisz w bamboszach, bez dźwigania. To samo ze wszystkimi innymi zakupami. Zrób listę, pomyśl co możesz kupić przez Internet i czy naprawdę warto drałować do centrum handlowego. Większość rzeczy z powodzeniem wybierzesz na odległość, a w szczególności chemię, kosmetyki, inne specyfiki. Również ciuchy i buty dla dzieci. Umówmy się, tego też dotykać nie trzeba, a jeśli masz problem z rozmiarówką butów, trzymaj się poprostu jednej dwóch marek i problem z głowy.

Tu taniej, tam drożej
Jak nie przepłacić? Rzecz jasna znów na największym ryneczku, czyli w Internecie. I nie chodzi mi tu o porównywarki cen, choć z pewnością one są też przydatne. Mnóstwo rzeczy nowych i kompletnie nieużywanych znajdziesz na Allegro czy Olx. Szczególnie polecam rodzicom. Nagminnie kupuję super markowe dziecięce buty za śmieszne pieniądze. Oczywiście tu trzeba trochę czasu, ale jeśli odpowiednio skonfigurujesz filtry portalu aukcyjnego i wszucisz je w zakładki zapamiętane, wszelkie poszukiwania będą trwały chwilę.

Wykiwaj marketingowców
Dziś prężnie rozwija się marketing online, powstają coraz to nowe metody na śledzenie i łapanie klienta. Mam jeden ulubiony trick marketerów, który uwielbiam wykorzystywać zupełnie inaczej aniżeliby oni sobie tego życzyli. Oglądam wybrany produkt w sklepie online przez kilka dni, ponawiam kilka razy wizytę na stronie tego produktu, wrzucę go czasem w koszyk zakupowy i na tym koniec. Czekam czasem tylko parę dni, czasem trochę dłużej i w większości przypadków dostaję na maila informację o “promocji natychmiastowej” do wykorzystania “tylko” przez kolejne 24h z atrakcyjnym rabatem. Czasem specjalne zniżki dla wyjątkowego klienta. Powtarzalność tego procesu jest niezwykła, aż dziw że nadal marketerzy to stosują. Pozostaje mieć nadzieję, że nadal będą trwać w tej uroczej psychozie pozyskiwania klienta w tak absurdalny sposób. A ja będę mogła polować na te rabaty z wielką przyjemnością.

Bat kontrolny
Ile razy zdarzyło Ci się kupić coś, czego w gruncie rzeczy nie potrzebujesz? Kiedy fakt miernej decyzji zakupowej doszedł do Twojej świadomości? Pewnie już w domu lub nawet kilka dni/tygodni później. Jest na to metoda, dla jednych idealna, inni będą pewnie marudzić, że ogranicza ich wolność. Metoda jest prosta. Zainstaluj na swoim smartphone aplikację Twojej bankowości internetowej i skonfiguruj ją tak, aby z każdym wydatkiem wyświetlała informację o tym ile środków właśnie zeszło z Twojego konta. Brzmi strasznie? To Twój nowy bat, który weźmie w cugle Twoje intencje zakupowe. Już stojąc w kolejce do kasy zaczniesz zastanawiać się czy napewno potrzebujesz tego, za co za minutę zapłacisz. I nie ma tu znaczenia w którym sklepie jesteś. Działa tak samo w spożywczym, z butami, ubraniami czy w aptece, a nawet w kawiarni.

Sakiewka na fanaberie
Zasadami rozsądnego wydawania kapitału są oszczędność i planowanie. O tym napiszę więcej w odrębnym wpisie. Na dziś jednak pamiętaj, że na fanaberie można, a wręcz należy sobie pozwalać. W wymiarze rozsądnym, a tylko czasem szalonym. Zasadą rozsądku w fanaberiach jest to, żeby w każdym miesiącu z góry zaplanować ile kasy masz na te zachcianki. Ta kwota zostanie Ci po zapłaceniu zawsze z góry kosztów stałych, rachunku na rzecz przyszłości (czytaj oszczędności) i założeniu kwoty na zmienne wydatki, które bankowo się pojawią (koszt jedzenia, transportu, spłata karty kredytowej etc.). Nadwyżką szastaj bez wyrzutów sumienia albo odłóż. Na poczet oszczędności lub na szaloną fanaberię w kolejnym miesiącu. A teraz zrób ćwiczenie i przemyśl pierwszą decyzję zakupową, która nadejdzie. Bez względu na to czy będzie to cappucino w kawiarni czy kowbojskie buty z krokodylej skóry. 😉

Grafika: pl.freeimages.com/photographer/ahylton-67480