Ile kosztują nas dzieci

– Ile pali Twój samochód?
– Tyle ile w niego wleję

Nie inaczej bywa z kosztem utrzymania dzieci. Skarżymy się na to, że dzieci dużo kosztują. Wiele par nie decyduje się na dzieci z uwagi właśnie na koszty, o których wysokości mówi się w mediach często. Zbyt często.
Dane GUS mówią o koszcie 194 tys. zł na utrzymanie jednego dziecka do osiemnastego roku życia. Przy rodzinie z dwójką dzieci koszt jednostkowy spada do 155 tys. zł, a dla tróki to 125 tys. zł. Dochodzi nam jeszcze kilka lat po “osiemnastce” i robi się pokaźna sumka. Czy to dużo?

Prawda jest taka, że wydajemy na dzieci tyle ile chcemy. Oczywiście – podstawowe utrzymanie dziecka swoje kosztuje. Dziecko do szczęśliwego dzieciństwa potrzebuje być najedzone, ciepło ubrane i kochane. Na jedzenie i ciepły ubiór, no i może jeszcze leki są potrzebne fundusze, ale zdecydowanie mniejsze niż te, które dziś lekką ręką wydajemy na pociechy. W żadnych z badań prowadzonych nad czynnikami wpływającymi na szczęśliwe dzieciństwo nie ma informacji na temat zabawek, sukieneczek, miniaturowych garniturków, kokardek, torebeczek, setek resoraków i innych temu podobnych plastikowych kurzołapów. Nie mówi się też o pięknych wózkach, bujakach, nosidłach, wielobarwnych kocykach, eleganckich torbach na wózki czy gadżetach, które tak sprytnie ułatwiają rodzicom życie. Dzieci kosztują nas wiele, bo … zbyt wiele na nie wydajemy. Albo też wydajemy na siebie czy dla siebie. Ładniutko ubrana dziewczyneczka cieszy oko mamy, rozpiera z dumy babcię, zachwyca tatę i dziadka. Patrząc na ten zachwyt dziewczyneczka uczy się, że fajnie mieć na sobie dobre fatałaszki, bo ludzie Cię z automatu lubią bardziej. Zaczyna sama chcieć więc ładnych fatałaszków i prosić rodziców o pieniądze “ze ściany”. Z chłopcami jest nie inaczej, są mali eleganci, są gadżeciarze i przede wszystkim naśladowcy ojców. Inwestujemy w te szmatki, z których dzieciaki średnio co kilka miesięcy wyrastają. Kupujemy nowe, i worek pod tytułem “całkowity koszt utrzymania dziecka” pęcznieje z roku na rok.

Ciuchy to nie wszystko. Prawdziwy szał zaczyna się przy kategorii zabawek. Kupujemy byle co, byle gdzie. Czasem sami łakniemy tych zabawek jakbyśmy chcieli nadgonić swoje dzieciństwo, w którym nie było aż tylu pięknych plastikowych straszydeł. Dzieci naciągają nas a to na lalkę, a to na samochodzik, na jajko niespodziankę, spineczkę, piłeczkę i zyliard innych miniaturowych złodziei pieniędzy i … miejsca w domu!

Wydajemy też na zajęcia rozwojowe wszelakie, czasem niepotrzebne, czasem na wyrost. Pokładamy w dziecku nadzieje jak w inwestycji. A w inwestycjach z nadzieją nie zajdziesz daleko. Dziecko nie powinno być projektem, który planujemy i od którego wciąż czegoś oczekujemy. Powinno rozwijać się w radości, spokoju i mieć to minimum, które potrzebne jest mu do szczęścia. Czytałam ostatnio ciekawe opracowanie o tym, że dzieciom nie daje się poczuć głodu w dwóch jego odmianach – głodu żołądkowego i głodu mózgowego. Nasze dzieci wciąż muszą być najedzone, pchamy w nie smakołyki – jedni te wyłącznie zdrowe, inni na potęgę te pełne cukru i tłuszczu. Nie dajemy naszym dzieciakom zgłodnieć i poczuć, że mają ochotę, tę wielką ochotę na jakiś fajny posiłek. Tak samo nie dajemy zgłodnieć ich mózgom, nie pozwalamy się nudzić. A to z nudy rodzi się kreatywność!

Dzieciom trzeba szczypty minimalizmu, nie jest dobrze gdy żyją w przesycie bodźców, nadmiarze zabawek, plastiku, telewizji, bajek i smakołyków. Nie jest dobrze, gdy mają wszystko podane na talerzu i wetknięte w buzię, żeby nic się nie ubrudziło w sterylnym mieszkaniu. Mój sześcioletni syn najszczęśliwszy był na wakacjach na farmie u znajomych w Portugalii, gdzie ganiał z patykiem, bawił się z kumplami przy użyciu kamieni i piasku, zajadał niedomytymi rękoma niezwykłe dla niego ilości warzyw i owoców. Pomysłów miał dziesiątki i wrócił odmieniony. My też. Tej odmiany starczyło nam rzecz jasna na kilka kolejnych tygodni, po czym wróciliśmy do miejskiego, niezbyt przyjaznego człowiekowi trybu życia. To doświadczenie wraca jednak do mnie jak bumerang, przypomina mi trochę moje dzieciństwo i dzięki niemu staram się utrzymywać dzisiejszą codzienną normalność w ryzach. A nie jest to łatwe.

Dbajmy ponad wszystko o relacje z dziećmi. Badania potwierdzają, że jedynym słusznym gwarantem szczęścia w życiu są ciepłe relacje z ludźmi. I nie dotyczy to tylko rodziny, ale też innych ludzi, z którymi mamy do czynienia. Budujmy więc z naszymi dziećmi ciepłe relacje i uczmy ich budować takie z otoczeniem. A przed każdym kolejnym zakupem zabawki, pięknego eleganckiego miniaturowego ciuszka czy kocyka zastanów się czy to jest rzecz, której naprawdę potrzebuje Twoje dziecko czy potrzebujesz jej Ty (słusznie lub nie), a może nikt z was nie jest w potrzebie. Zatrzymaj te wydatki w portfelu, “w bankomatowej ścianie”, na koncie. Wymieniaj się dziecięcymi ubraniami ze znajomymi, dawaj krążyć tym drogo nabytym ciuszkom dbając o swój portfel i o środowisko. Nie ma co dawać workowi kosztów rosnąć – w końcu każda złotówka to wymierny i policzalny czas Twojej pracy, który możesz spędzić harując albo jednak z dziećmi czy … ze sobą w spokoju.

P.S. Podobała Ci się lektura? Poleć znajomym! Niech skorzystają!
Czytaj też inne artykuły M&L, komentuj i udostępniaj. Będzie mi niezmiernie miło.
Pozdrawiam,
I