Dlaczego rzuciłem obecną robotę?

Nie, to nie ja rzuciłem. Wielu z was jednak o tym myślało bądź myśli, prawda? A jeżeli już rzucać robotę to w taki sposób aby później byli współpracownicy mówili z zachwytem „miał rozmach skubany!” Tak…wygrać w totka i pójść wygarnąć szefowi co się o nim myśli. Marzenie niejednego pracownika, nie tylko w korpo. Ostatnio przeczytałem fajną książkę napisaną przez Grega Smitha „Dlaczego odszedłem z Goldman Sachs? Drugie oblicze Wall Street” Ta część z was, która śledzi rynki finansowe na bieżąco może kojarzyć faceta – to on w 2012 roku odszedł właśnie z tego banku inwestycyjnego ale nie zrobił tego potulnie. Opublikował list w New York Timesie zatytułowany „ Why I Am Leaving Goldman Sachs?”, w którym to oskarża byłego już pracodawcę o upadek moralności oraz nastawienie na dojenie klientów (a nie dbanie o ich interes). Książka jest taką dłuższą spowiedzią gościa, który trafia na Uniwersytet Stanforda z RPA i stamtąd dostaje się na praktyki do wymarzonego banku inwestycyjnego w 2010 roku. Smith opowiada o tym jak pnie się w górę drabinki korporacyjnej, jakich klientów obsługuje i jak wygląda praca na pokładzie chyba najbardziej znanego banku inwestycyjnego. Wszystko to dzieje się tuż przed, w trakcie oraz tuż po największego kryzysu finansowego jakiego doświadczyliśmy. Mamy tu więc przedkryzysowy okres prosperity i coraz większe ryzyko podejmowane przez finansistów z Wall Street, które doprowadziło do kryzysu z 2008 roku. A po kryzysie, gdy przychody spadły, obserwujemy procesy podjęty przez banki (nie tylko tytułowy GS) w celu przywrócenia wysokich zysków. Autor, pracownik działu sprzedaży, działał na pierwszej linii frontu czyli obsługiwał największych klientów. Fajne w tej książce jest to, iż autor pomija opisywane w innych publikacjach ekscesy alkoholowo-narkotykowe pracowników Wall Street. Ok., nie do końca pomija ale w jednym akapicie stwierdza, iż w Goldman Sachs tego typu praktyki nie miały miejsca (fakt, osoby z takimi nałogami są zazwyczaj słabe psychicznie więc nie poradziłyby sobie z codzienną praca w GS). Ciekawie wygląda drabinka awansów w takiej instytucji jak Goldman Sachs. Wyobraźcie sobie, że zaczynacie jako analityk (tak właśnie zaczyna Smith), później awans na pracownika (tzw. associated) a potem już jest stanowisko wiceprezesa! Bomba nie?! Nie. Greg Smith był jednym z 13 000 wiceprezesów zatrudnionych w Goldman Sachs w tamtym czasie! Hmmmmm. Chyba tam nie szanują funkcji wiceprezesa tak bardzo jak my tu w EuropieJ Wyżej było stanowisko dyrektora zarządzającego (u nas też przecież kozacki tytuł!) a dopiero potem partner (mega kozak). W tym kierunku dążył Greg idealizując swojego pracodawcę. Dopiero po przeprowadzce do oddziału w Londynie coraz mocniej ciąży mu sposób traktowania klientów przez Goldman Sachs. Widząc, że nic się nie zmienia (mimo sygnałów płynących od klientów), decyduje się odejście z firmy jednocześnie wylewając swoją frustrację w liście do poczytnej gazety. Smith ma nadzieję, że jego głos zostanie usłyszany i że zostaną wyciągnięte wnioski. Wszystko pięknie. Facet zarabia dużo kasy, jest u szczytu możliwości a mimo to brak moralności i brak nastawienia na klienta przez jego pracodawcę powoduje, że dumnie rzuca robotę. Tylko brać przykład! No cóż…Po publikacji tych rewelacji odezwała się druga strona czyli Goldman Sachs. Okazuje się, że Greg Smith nie dostał awansu na dyrektora zarządzającego, o który tak podobno zabiegał. Nie otrzymał również podwyżki (do 1 miliona dolarów z 500 tysięcy, które wtedy zarabiał). Według przedstawicieli banku, wcale nie był takim asem za jakiego się podaje i nawet zastanawiano się nad jego zwolnieniem. Dodatkowo, podobno wcale nie zgłaszał większych uwag co do kultury korporacyjnej firmy, zrobił to dopiero na dwa dni przed rzuceniem pracy. Jak widać punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Niezależnie od tego czy Greg Smith ma rację czy nie, książkę polecam. Nie jest to merytoryczny podręcznik dla inwestorów ale naprawdę dobrze się czyta (połknąłem ją w dwa dni). A tak już na boku – czy wy byście rzucili pracę ze względów „moralnych”? Jak dla mnie trudno takie decyzje podejmować. Greg Smith zarabiał rocznie ok. 500 tysięcy dolarów (i był singlem…) a wielu z nas ma kredyty, dzieci itd…Dalibyście radę odejść z pracy dlatego, że wasz pracodawca „doi” klientów? Jest nastawiony tylko na zysk a nie na dobro tychże klientów? Ciężka decyzja czy od razu rzucacie robotę z hukiem?

 

Grafika: freeimages.com/Andrea Paroni