Barcelona – naprawdę warto tam lecieć? Cz.1

Tak wiem. Na sieci jest cała masa opisów i poradników odnośnie Barcelony – co zwiedzić, gdzie najlepiej wynająć miejscówkę, gdzie zjeść itd. Ja chciałbym się z wami podzielić moją subiektywną opinią z naszego (czyli z moją Anią :)) wyjazdu do tego pięknego miasta. Byliśmy tam już (teoretycznie) po sezonie gdyż w pierwszej połowie września. Stąd pewnie też mój odbiór Barcelony może być trochę inny od tych z was, co wybiorą się (wybrali) w szczycie sezonu (lipiec – sierpień). Pewnie też nie daliśmy rady zobaczyć wszystkiego co miasto oferuje ani spróbować wszystkich potraw. Spędziliśmy tam jednak tydzień i trochę przemyśleń mam.

Lecieliśmy Wizzairem z Okęcia na La Prat (to główne lotnisko w Barcelonie). Leci jeszcze Ryanair ale nie chcieliśmy się bujać na Modlin, akurat mieszkamy niedaleko Okęcia. Mnie bagaż podręczny w postaci zapchanego plecaka zupełnie wystarczył, dla Ani wykupiliśmy ten większy podręczny (też wypchany na maksa). Nam nie sprawdzali czy nasz bagaż mieści się w tych ich śmiesznych skrzynkach tak samo jak nie czepiali się o przewożone płyny (głównie kosmetyki w małych butelkach…niby wszystko ma się zmieścić w litrowym pojemniku, my towaru wieźliśmy trochę więcej). W każdym bądź razie, dotarliśmy bez przygód na La Prat. Teraz podzielę tekst tematycznie aby w miarę uporządkowany sposób przekazać wam moje doświadczenia.

Lotnisko i dojazd do/z centrum – po wylądowaniu wsiedliśmy w busa, który jedzie do centrum. To linia obsługiwana przez lotnisko tzw. Aerobus i bilecik kosztował ok 5-6 euro. Dojazd spoko, ale jest lepszy sposób. Kupcie sobie od razu bilecik komunikacji miejskiej, najlepiej tzw. T10. Upoważnia on do 10 przejazdów (każdy przejazd to 75 minut, w trakcie których można się przesiadać na inne środki komunikacji miejskiej np. z metra na autobus) i działa też na kolej jadącej z lotniska. Co fajnego w tym bilecie? Mogą na nim jeździć dwie osoby. Czyli pierwsza osoba kasuje bilecik, przechodzi przez otwartą bramkę i przekazuje bilet drugiej osobie, która kasuje go w ten sam sposób. Ubywa wam dwa przejazdy ale możecie podróżować wspólnie na tym samym bilecie! Więc wychodzicie z lotniska i po lewej widzicie taki dłuuuugi tunel, który ciągnie się nad parkingami. Idźcie tam, a dojdziecie do stacji kolejowej. Wsiadacie w pociąg R2 jadący do stacji Barcelona Sants (Estacio Sants), gdzie jesteście w 18-19 minut. Tam możecie przesiąść się na metro, które zawiezie was tam gdzie chcecie. Taki bilet T10 to koszt 9,95 euro i dla nas był bardziej opłacalny niż ten dwudniowy (nieograniczona liczba przejazdów przez 48 godzin), który kosztował ok. 14 euro.

Kwatera – a ta była naprawdę super. Mieszkaliśmy u Zygmunta, który w Barcelonie jest już od 11 lat. Dostaliśmy własny pokój natomiast kibel i kuchnia były wspólne. Miejscówka super, Zygmunt super no i od razu pod kamienicą (wąska jak cholera…takich u nas nie ma!) nie dość że fajna kawiarenka (gdzie co ranek łaziliśmy na kawkę i śniadanko) to od razu metro (10 metrów od wyjścia z budynku…nasza stacja to Hospital Clinic). Z naszej kwatery mieliśmy ok. 30 minut piechotą do Sagrada Familia czy też do Camp Nou (w drugą stronę). Jak coś, dawajcie znać a dostaniecie namiar na Zygmunta 🙂

Poruszanie się po mieście – jak już wspomniałem o tym wyżej, polecam bilet T10, bo według mnie inne są nieopłacalne. Miasto jest fajnie skomunikowane więc można swobodnie dostać się metrem do interesującej nas lokalizacji. Zapomnijcie w ogóle o taksówkach, bo po co. ALE: zachęcam was do jak najmniejszego korzystania z publicznego transportu a po prostu łażenie po mieście. Tak najlepiej odkrywa się jego tajemnice i fajne uliczki. My, w ciągu tych 7 dni, wykorzystaliśmy tylko dwa bilety T10 (z czego kasowaliśmy podwójnie gdyż jeździliśmy razem), w tym ostatni przejazd na lotnisko. Większość czasu po prostu poruszaliśmy się piechotą. Bolesne? Oj, czasami tak. Jak obliczyliśmy, każdego dnia zaliczaliśmy kilkanaście kilometrów “z buta”. Ale warto! W ten sposób nie tylko zaliczyliśmy klasyczne miejscówki gdzie trzeba sobie fotki walnąć, ale też poznaliśmy wiele fajnych i klimatycznych zakamarków Barcelony. Przed wyjazdem więc, trochę poćwiczcie kondycję 🙂

Wpis robi się przydługawy, więc na tym skończę część pierwszą. W kolejnej, opiszę wam nasze doświadczenia z odwiedzaniem najważniejszych miejscówek (co warto, co nie, i czemu nie) oraz kuchnią barcelońską.

Jeżeli do powyższego tekstu macie uwagi, komentarze lub chcecie opisać własne doświadczenia, piszcie śmiało.

Podobała Ci się lektura? Poleć znajomym! Niech skorzystają!

Zapraszam też do czytania innych wpisów M&L, komentowania i udostępniania

Grafika: zdjęcia prywatne