Barcelona – miasto warte grzechu? Cz.2

W poprzednim wpisie opisałem wam pierwszy etap mojej wizyty w Barcelonie. Teraz, chciałbym przedstawić wam moje subiektywne doświadczenia ze zwiedzania miasta i próbowania lokalnej kuchni. Poniższy wpis jest trochę dłuższy niż poprzedni (jest o czym gadać) ale są i fotki! Wszyscy tak się zachwycają tą Barceloną więc oczywiście Ania i ja byliśmy pełni nadziei na fajnie spędzony czas. Tak też było! Tylko czy naprawdę warto śmigać po tych wszystkich turystycznych miejscówkach i płacić grube eurosy za samo wejście? Jedziemy po kolei:

La Sagrada Familia – czyli  kościół, który budują od 1882 roku i nie mogą dokończyć. To dzieło słynnego architekta, Antonio Gaudiego (zresztą ten facet będzie się dalej przewijał w tekście). Poszliśmy tam pierwszego dnia naszego pobytu, oczekując tłumów przed wejściem. Nie zawiedliśmy się. Byliśmy we wrześniu więc niby po sezonie. Mogę się tylko domyślać co tam się dzieje w miesiącach wakacyjnych. Nie weszliśmy do środka nie tylko ze względu na tłum, ale też koszt biletu wstępu odstrasza – 30 euro! Akurat przed wejściem spotkaliśmy małżeństwo z Polski, które właśnie zwiedziło Sagradę. Pani była tak miła i pokazała nam zdjęcia ze środka (zresztą, możecie sobie sprawdzić na sieci, jest tego cała masa) i w sumie fajnie, ale bez przesady. Wielu się podnieca tym kościołem, że taki ładny, piękny, że tyle detali…to prawda. Mnie jednak nie przypadł do gustu. Mówiąc wprost, nic specjalnego a niektórzy uznaliby tę konstrukcję nawet za brzydką. Kwestia gustu. Nie żałowaliśmy, że nie weszliśmy do środka, ale Sagrada to obowiązkowy punkt na mapie zwiedzania Barcelony. Warto zobaczyć chociaż z zewnątrz (i samemu ocenić czy to cudo czy pasztet architektoniczny).

184

Muzeum Picassa – słyszeliśmy o ogromnych kolejkach do tego muzeum, że nawet nie mieliśmy tej wizyty w planie. Jednak po odwiedzeniu Sagrady, poszliśmy na spacer do Barri Gotic (czyli dzielnicy gotyckiej o czym dalej piszę w tekście). Zupełnie przypadkowo dotarliśmy pod to muzeum i kolejka była znośna ( to wrzesień, pamiętajcie). Postaliśmy ok. 15 – 20 minut i po zapłaceniu 11 euro byliśmy w środku. Picasso…koleś, którego obrazy warte są teraz dziesiątki milionów dolarów. Fajnie zobaczyć jak się rozwijał. W tym muzeum nie zobaczycie jego najsławniejszych dzieł. Zobaczycie jednak jak zmieniał się styl tego artysty. Chodzicie po salach, które ukazują jego dzieła od najwcześniejszych do najpóźniejszych. Wniosek? Koleś wariował wraz z wiekiem. Zauważycie, że prace z jego młodzieńczych lat są naprawdę “normalne”. Dopiero wraz z wiekiem i przenosinami do różnych miejsc, jego styl się zmienia (na te różne wygibasy, które znamy współcześnie). Czy warto? Pewnie, jeżeli macie czas żeby odstać swoje w kolejce do wejścia.

Park Guell – kolejna miejscówka must-see. Kolejne miejsce zaprojektowane przez Gaudiego. To zresztą jedyne miejsce do którego kupiliśmy bilety online jeszcze przed wylotem. Koszt? 7 euro za osobę. Sam park jest na delikatnym wzgórzu więc trzeba trochę się wdrapać. Aha, wpuszczają co 30 minut i jak macie bilet kupiony na konkretną godzinę (tak jak my na 10.30) to ani wcześniej ani później was nie wpuszczą. Sam park jest spory i można sobie po nim pospacerować, płaci się tylko za wejście do tzw. monumental zone czyli strefy gdzie są najważniejsze budowle. Płatny wjazd jest tam od paru lat, wcześniej wejście było za darmo (no cóż…masa turystów tam chodziła to trzeba było to wykorzystać). Miejsce fajne (ładny ogród), panoramiczny widok na miasto a najważniejsze to zrobić sobie zdjęcie na długiej, wykładanej mozaiką ławce. Jest też Sala Kolumnowa oraz i dom, w którym mieszkał Gaudi. Czy warto? Na pewno trzeba. Jako ciekawostka: na drodze przed wejściami do monumental zone, rozłożeni z pamiątkami są przybysze z innych krajów. Raz na jakiś czas, te drogę patroluje policja. Jakże ciekawym widokiem było jak chłopaki jednym ruchem zwijają swój towar i uciekają w krzaki jak tylko patrol się pojawi. Gdy tylko przejechał, to po 30 sekundach towar znowu leżał na ziemi. Szczerze? Gdyby policja barcelońska chciała, to by na pewno zwinęła paru “przedsiębiorców”. Widać jednak, że chodzi tylko o nastraszenie, gdyż ich patrol porusza się dość majestatycznie (wolno…). U nas, straż miejska miałaby mandatową wyżerkę!

20a

Camp Nou – FC Barcelona! Tak, to ten klub piłkarski. A na stadionie znajduje się muzeum klubu. Po odstaniu w kolejce i zapłaceniu 23 euro za osobę, weszliśmy do środka. Na początek sala z pamiątkami klubowymi (koszulki, buty, dokumenty) i pucharami zdobytymi przez FC Barcelonę w kilku dyscyplinach sportowych (nie tylko piłka nożna ale też i koszykówka, piłka ręczna czy hockey na trawie). Jest też sala multimedialna gdzie wyświetlane są filmy z historii i najważniejszych osiągnięć klubu. Później jest jeszcze fajniej. Można wejść na trybuny stadionu, zejść na samą murawę (przy ławce rezerwowych…nie da się pobiegać po trawce i kopnąć piłkę), odwiedzić lożę prasową, szatnie, tunel (którym piłkarze wchodzą na boisko), strefę mieszaną (to tam gdzie piłkarze jak wchodzą z szatni są zaczepiani przez dziennikarzy) czy salę konferencyjną. Naprawdę fajna wycieczka! Samo wyjście jednak jest przez sklep (tani chwyt marketingowy) gdzie np. koszulka Messiego kosztuje 160 euro. Aha, w trakcie zwiedzania jest kilka miejscówek gdzie obsługa może wam zrobić zdjęcia (np. z pucharem za wygranie Ligi Mistrzów w piłkę nożną). Przy wyjściu, możecie odebrać album o klubie z wklejonymi waszymi fotkami (szybko działają!) za drobne 60 euro. My sobie odmówiliśmy pamiątek ze sklepu jak i album ale wizyta w tym miejscu dla każdego fana piłki nożnej to obowiązek. Jeżeli macie ze sobą bardzo tolerancyjną partnerkę (Ania była zachwycona!), to macie szczęście 🙂

88a

Wzgórze Tibidabo – nie planowaliśmy wizyty w tym miejscu, ale polecił je nam Kuba, doktorant chemii, który zatrzymał się u Zygmunta (czyli naszego gospodarza) na 2 dni. Tibidabo to wzgórze, które znajduje się na północy miasta, czyli po przeciwnej stronie niż morze. Dojechaliśmy metrem a potem busem pod miejsce, gdzie kolejka zabiera chętnych na górę. Bilecik to ok 8 euro, ale sama podróż dość fajna. Na szczycie znajduje się park rozrywki (bileciki można kupić w kasie za ok 50 euro za osobę…), jeden z najstarszych w Europie. Jest też kościół, gdzie za 3 euro można wejść na wieżę (nie wchodziliśmy). Powiem wam, że to całe Tibidabo jest naprawdę warte zwiedzenia. To chyba najwyższy punkt, z którego będziecie mieć tak fantastyczny widok na całe miasto. Warto. Dzięki Kuba!

103an

Montjuic – to już chyba bardziej znana miejscówka. Stare, żydowskie wzgórze, na którym zbudowano cytadelę. Blisko morza. My dostaliśmy się tam autobusem (bodajże numer 150, jedzie z Plaza de Espanya). Wjazd do cytadeli to ok 5 euro. Nie jest za duża, ale widok na port i morze jest super. Aha, to są okolice wioski olimpijskiej. Pamiętacie olimpiadę w 1992 roku? Właśnie w tamtej okolicy znajduje się większość obiektów w tymi stadion olimpijski (wejście darmowe, chyba, że macie ochotę wejść na bieżnię i popróbować różnych sportów olimpijskich, wtedy płatne), na który też sobie weszliśmy. Zresztą, w okolicy tych obiektów znajduje się kilka naprawdę ładnych parków, po których warto się przespacerować.

136a

Pokaz fontan przy Palau Nacional – fajne i warto! podobno w okresie wakacyjnym jest codziennie. Natomiast po sezonie (gdy my byliśmy) to tylko w piątki i soboty o 21.00 oraz 22.00. Jesteście na Plaza de Espanya i spójrzcie w ulicę, które idzie między dwoma wysokimi kolumnami (to tzw. kolumny weneckie). Droga to prowadzi do dość ładnej budowli, czyli Palau Nacional (Pałac Narodowy?). Wzdłuż tej drogi, oraz bliżej pałacu znajduje się wiele fontan. Właśnie ich pokaz warto zobaczyć! My byliśmy tam przed 21.00 w piątek a z nami tłum ludzi czekających na show. I było naprawdę super! staliśmy niedaleko głównej fontanny, która zmieniała kolory oraz pryskała w rytm puszczanej muzyki. Ci z gapiów, którzy byli najbliżej, uciekali cali mokrzy. Sam pokaz super i wart obejrzenia. Jak będziecie w Barcelonie, sprawdźcie kiedy się odbywa bo naprawdę warto go zobaczyć. To akurat polecam.

125

Barri Gotic – czyli dzielnica gotycka. Klimatyczne, wąskie uliczki pełne turystów. Ciekawa architektura. Dzielnica, która trzeba się przejść. To tu znajduje się muzeum Picassa oraz kilka katedr (o których poniżej) wartych zwiedzenia.

197a

Katedra Barcelońska i bazyliki Santa Maria del Pi oraz Santa Maria del Mar – trzy piękne katedry znajdujące się dzielnicy gotyckiej. Za pierwszym razem, jak tam byliśmy, to musieliśmy je odpuścić, ale nie ze względu na płatne wejście do godziny bodajże 17.00 (później, chyba do 19.30 wjazd jest za darmo do każdej!) w cenie ok. 6-7 euro. Chodzi o odpowiedni strój! Tak tak…szorty lub kiecka musi być za kolano a koszulka nie może być na ramiączkach. Przed wejściem stoi coś na kształt policji obyczajowej w postaci jednego smutnego pana bądź dwóch pań. W każdym bądź razie, wpadajcie do tych trzech katedr (przemieszczajcie się tam na piechotę) po południu bo warto. Są monumentalne, stare, zimne ale robią wrażenie w środku. Dodatkowo, w katedrze stacjonuje trzynaście gęsi na pamiątkę męczęńskiej śmierci patronki Św. Eulalii, która zginęła w wieku trzynastu lat. Legenda mówi, że dopóki w katedrze żyje trzynaście gęsi to miasto przetrwa.

204

Casa Battlo, Casa Mila, Casa Calvet – “casa” czyli dom. Wszystkie trzy zaprojektowane przez (oczywiście, że tak!) Gaudiego. Najbardziej znana to chyba Battlo. Oczywiście, robią wrażenie aczkolwiek wydają się dziwne. Wejście do Battlo to wydatek rzędu 20 – 30 euro. My nie wchodziliśmy do środka (kolejka…) ale walnąć sobie fotkę przed każdą z tych trzech budowli trzeba.

190

La Rambla – chyba najbardziej znana ulica w Barcelonie. Tam to dopiero tłumy! Ciągnie się od morza (od pomnika Kolumba tzw. Mirador de Colon) na północ do Placu Katalońskiego (Plaza de Catalunya). A na ulicy cała masa handlarzy, kiosków i restauracji. Bardzo drogie miejsce więc na jedzenie odbijcie w prawo lub w lewo i tam szukajcie fajnej knajpki.

La Boqueria – to duży bazar, market miejski tuż przy La Rambli. Można tam kupić różnego rodzaju warzywa, owoce, wędliny, mięsa czy owoce morza. Funkcjonują też w środku stoiska z jedzeniem. Byliśmy tam przeciskając się przez tłum. Jako, że to miejsce turystyczne, jest drogo. Warto po prostu wejść i się delektować wystawami 🙂

Jedzenie – no tak. wszyscy jak lecą do Hiszpanii podniecają się ich kuchnią a głównie tapas i paella. Zgadza się, jedzenie jest bardzo dobre, szczególnie owoce morza (jeżeli ktoś za nimi nie przepada jest wiele innych dań do wyboru). Będąc jednak szczerym, barcelońska kuchnia to nic specjalnego. Tapas to nic innego jak małe przekąski takie jak kiełbaski, sery, wędliny, warzywa. A słynna paella, to talerz ryżu, na który wyłożono dodatki (mogą to być owoce morza, warzywa lub mięso). Jasne, w niektórych knajpach można dostać super paelle i ją wychwalać. Takie jednak kosztują ponad 20 euro za osobę. W mniejszych knajpach zjecie gorszą za 9 – 11 euro. Aha, w wielu miejscach turystycznych o cenie dań dowiecie się dopiero po wejściu do knajpy i zajęciu stolika jak dostaniecie menu. Po prostu na szyldach na zewnątrz cen nie podają. W każdym bądź razie, będąc w Barcelonie paelle trzeba raczej zaliczyć ale nie oczekujcie fajerwerków. To typowo pod turystów gdyż sama paella nie jest nawet lokalnym daniem (pochodzi z Walencji). Jeżeli chodzi o piwo, to piją głównie lokalne wyroby czyli San Miguel oraz Estrella (gwiazda). Ja się skłaniałem ku temu pierwszemu. Aha, popularna jest tzw. “clara” (wymawiamy “klara”) czyli piwo zmieszane z Fantą cytrynową. Taki babski drink 🙂 Podsumowując temat jedzenia, nie byliśmy tam w celach kulinarnych, nie jesteśmy żadnymi “foodies”. Spróbowaliśmy znanych potraw, były smaczne ale nie zaszokowało.

176a

Plaże – owszem, to plaże miejskie więc nie takie, które znacie z waszych wakacji last minute (biały piasek, mało ludzi, krystalicznie czysta woda). Jednak są naprawdę w porządku. Wszyscy wysiadają na stacji metra “Barceloneta” i idą na plażę o tej samej nazwie. Aha, swoją drogą, stamtąd możecie się przejść kawałek do Mariny, gdzie zacumowane są naprawdę ładne jachty 🙂 Co do plaż, Barceloneta jest najsławniejsza, ale nie jedyna! Jak staniecie na wprost plaży, idźcie w lewo parę minut a dotrzecie do kolejnej plaży. Takiej samej, z tym samym piaskiem i z tym samym morzem. Różnica? Dwa razy mniej ludzi. Możecie iść jeszcze dalej w lewo (czyli na wschód) i dotrzecie do kolejnych plaż. W okresie letnim pewnie jest tam o wiele więcej ludzi, ale i tak im bardziej w lewo, tym swobodniej. A plaże naprawdę spoko a i woda ciepła. Mężczyźni i kobiety opalają się topless więc dla każdego coś dobrego 🙂 My spędziliśmy na plaży (ani razu na Barcelonecie) trzy dni po parę godzin. Po prostu dłużej nie wytrzymywaliśmy na słońcu. Trochę jednak opalenizny chwyciliśmy 🙂

200ani

Myślałem, że będzie to trochę krótszy wpis więc jeżeli dotrwaliście do jego końca, wielkie dzięki! Mama nadzieję, że trochę wam przybliżyłem moje spojrzenie na Barcelonę. My mieliśmy jeszcze dodatkową atrakcję, gdyż 11 września odbywało się święto niepodległości Katalonii, z marszami, wiecami i całym tłumem ubranym w czerwono – żółte koszulki (barwy Katalonii). Było barwnie, a głównie w tzw. Parc de Cuitadella (bardzo ładny park do specerów), gdzie znajduje się parlament Katalonii.

170a

Miasto jest naprawdę fajne i godne polecenia osobom, które lubią dużo zwiedzać a przy okazji trochę pobyć na plaży. Trzeba uważać na ceny w miejscach turystycznych i trzymać mocno torebkę w metrze (podobno kradną…my nie doświadczyliśmy ani nie widzieliśmy ale kazano nam być czujnym). Pogoda jest piękna, jedzenie dobre (ale bez sensacji), sporo miejsc do zobaczenia. Co uliczka to piękne kamienice z mini balkonami i uroczymi, drewnianymi okiennicami. Sami mieliśmy taką zabytkową okiennicę w naszym pokoju.  Podsumowując: miasto do zaliczenia!

Jeżeli do powyższego tekstu macie uwagi, komentarze lub chcecie opisać własne doświadczenia, piszcie śmiało.

Podobała Ci się lektura? Poleć znajomym! Niech skorzystają!

Zapraszam też do czytania innych wpisów M&L, komentowania i udostępniania

Grafika: zdjęcia prywatne