5 powodów, dla których każdy inwestor powinien przeczytać „Wspomnienia gracza giełdowego”

Ten blog jest o pieniądzach i metodach ich zarabiania. Tym tytułowym graczem giełdowym nie jestem jednak ja. Lubię pieniądze oraz ich zarabianie. Lubię też czytać o pieniądzach i o zarabianiu. Na tym blogu będziemy się starać opisywać różne metody oszczędzania czy inwestycji ale nie ukrywam, że bardzo rajcuje mnie temat spekulacji. Wiem wiem, „spekulacja” to takie brzydkie słowo i kojarzy się z tymi wszystkimi cwaniakami giełdowymi. A to nieprawda! Jeżeli kupujecie coś i chcecie to odsprzedać drożej, to spekulujecie. Inwestować można w nieruchomości, sztukę, akcje czy też (a przed wszystkim!) własne dzieci (mnie ta inwestycja dopiero czeka..zastanawiam się nad nią gdyż słyszałem, że stopa zwrotu z tej inwestycji jest raczej kiepskaJ) Ale spokojnie, o oszczędzaniu i bezpiecznym inwestowaniu będzie, ale gdzie indziej. W tym akurat wpisie będzie ostrzej. Wielu z was posiada nadwyżki finansowe, które chciałaby puścić w ruch i nimi obracać. Zostać inwestorem. Wow, brzmi fajnie. Albo jeszcze jeszcze lepiej! Zostać traderem! Kumacie? Jesteście w knajpie, obok was dziewczyna a wy odpalacie na smartfonie mobliną apkę waszej platformy transakcyjnej. Zagajacie dziewczynę, gadka się klei a ona pyta się was czym się zajmujecie. Architekt? Lekarz? Passe! „Jestem traderem” krzyczysz, odpalając transakcję o najmniejszym nominale. Ale zanim traderem zostaniesz, musisz się przygotować. Szkolenia, książki, próbne transakcje. Ten wpis jest akurat dla traderów, tych którzy chcą trochę więcej zaryzykować na rynkach finansowych. Chciałbym polecić (wręcz zmusić) do lektury książki, która zmieniła moje postrzeganie na rynki kapitałowe i wyjaśniła wiele z tego co się tam dzieje. Mówię tu o „Wspomnieniach gracza giełdowego” autorstwa Edwina Lefevre’a. Książka przedstawia losy niby fikcyjnej postaci, Larry’ego Livingston’a (niby bo to naprawdę historia autentycznej gwiazdy Wall Street przełomu XIX i XX wieku – Jesse’ego Livermore’a), jego droga do fortuny, upadek, kolejnej fortuny, kolejnego upadku….Akcja dzieje się w Ameryce ok. 100 lat temu ale autor (świetny dziennikarz finansowy tamtych lat) sprawia, że czujemy się częścią tego świata. No ale ok. Takich opowiastek z Wall Street jest wiele. Czemu więc akurat miałbyś (miałabyś?) sięgnąć po tę książkę?

  1. Jest ponadczasowa – mechanizmy kierujące rynkami finansowymi, psychika graczy giełdowych, podejście społeczeństwa do giełdy…to co było wtedy, mamy teraz, nic się nie zmieniło. Tak jak 100 lat temu, na rynkach finansowych ciągle mamy przekręty. Wydaje nam się (aczkolwiek po ostatnich aferach z bankami inwestycyjnymi co manipulowały a to stopami procentowymi, a to kursami walut, to „wydaje się” staje się pewnikiem), że rynkami rządzą duzi gracze. Społeczeństwo źle patrzy na graczy giełdowych (manipulatorzy?) a inwestorami ciągle rządzą chciwość i strach. Ludzie, nie wiem czy obracacie swoim kapitałem, ale jak ja to czytałem to wydawało mi się, że czytam jak najbardziej aktualną historię! To tyczy się również samej sztuki spekulacji – te metody co funkcjonowały wtedy, działają i dziś. Niesamowite jak bardzo poszliśmy do przodu pod względem technologicznym, tak ludzkie namiętności pozostają te same od wieków, również na rynkach finansowych
  2. Bo to kapitalny podręcznik o spekulowaniu – Jesse Livermore to facet, który kilkukrotnie zdobywał na giełdzie (i na rynkach towarowych) ogromny majątek, który również potem tracił. To ogromny ciężar psychiczny takie zdobywanie i tracenie majątku. Niestety, nie utrzymał tego ciężaru i w końcu popełnił samobójstwo. W książce jednak, Livermore (w pierwszej osobie) opisuje jakie strategie stosował, a co najważniejsze, jakie błędy popełniał. To tak naprawdę najważniejszy aspekt tej książki – umiejętność analizowania własnych błędów (nie tylko tych inwestycyjnych ale też tych związanych z życiem osobistym) i wyciągania wniosków. To najcenniejsza lekcja dla was, inwestorów – sposób w jaki najwięksi radzili sobie z porażkami i jak udawało im się podnieść po upadku.
  3. Bo po porażkach pociesza lepiej niż… napój gazowany – może to perwersyjne podejście, ale czytając te książkę było mi lepiej gdy dowiadywałem się, jak jeden z najlepszych traderów tamtych czasów tracił pieniądze. To może trochę takie polska mentalność – ja mam źle, ale niech sąsiadowi będzie jeszcze gorzej. Też próbowałem (i wciąż próbuję…) zostać milionerem działając na rynkach kapitałowych, i pewnie, ponosiłem porażki. Marnym, ale jednak pocieszeniem, był fakt, że o wiele lepsi ode mnie, również dawali ciała. To oczywiście nie zwiększało mojego portfela inwestycyjnego, ale na psychikę wpływało bardzo pozytywnie.
  4. Bo może uratuje ci majątek – to nie żart. Będę o tym pisał w innych wpisach, ale wielu podejmuje się inwestycji czy spekulacji kompletnie nie będąc do tego przygotowanym lub nie mając do tego predyspozycji. Jak przeczytacie tę książkę, to może skutecznie wystraszy was ona od spekulowania? Może wtedy zrozumiecie, że rynki kapitałowe do nie wasza działka. We „Wspomnieniach gracza giełdowego” jesteśmy świadkami zdobywania fortun, ich tracenia, przekrętów giełdowych i innych strasznych rzeczy. Ok., może trochę przesadzam. Przy obecnym poziomie stóp procentowych jaki mamy jak i niepewności co do przyszłych emerytur, sami musimy zadbać o swoje oszczędności. Trzeba więc działać. Nie bójcie się więc obracać waszą kasą ale niech „Wspomnienia…” będą ostrzeżeniem czego i jak robić nie należy.
  5. Bo to wstyd nie mieć jej w swojej bibliotece – nazywasz siebie traderem, inwestorem, spekulantem a nie leży ta książka u ciebie na półce? To taki z Ciebie trader jak z koziej dupy trąba. Każdy szanujący się inwestor nie tylko czytał tę książkę, ale jest też jej dumnym posiadaczem (tak tak! Mam ją!). Kurde, jeżeli nie lubisz czytać książek (czyli jak ponad 50% Polaków…wstyd) to chociaż kup egzemplarz, na necie przeczytaj jej skrót, w razie jakby znajomi wpadli z wizytą i trzeba by rozmawiać o finansach. „Wspomnienia gracza giełdowego to po prosut tzw. „must have” na półce każdego, kto nazywa siebie traderem.

Nazywam siebie traderem (w pracy, przed wami, i przed tą dziewczyną w knajpie) i mam tę książkę. Nie tylko mam ale i czytałem (chyba z 5 razy?). I wiecie co? Za każdym razem uczę się czegoś nowego. Sporo z was pewnie nie spekuluje na rynku finansowym i dopiero poznaje jego mechanizmy. Ale i tak wam tę pozycję polecam. Napisana jest raczej prostym językiem więc się nie pogubicie. W razie czego, autor oraz tłumacz sporo wyjaśniają. Nawet jeżeli nie interesuje was tego typu metoda „inwestowania”, to i tak warto sięgnąć po „Wspomnienia…”. Napisana jest przez świetnego dziennikarza, z perspektywy pierwszej osoby (tak jakby opowiadał nam tę historię sam Jesse Livermore) i świetnie się czyta. Akcja jest wartka, ciągle coś się dzieje. Podsumowując: jeżeli działasz na rynkach finansowych, musisz ją przeczytać (jeżeli jeszcze tego nie zrobiłeś/aś). Jeżeli nie inwestujesz, i tak przeczytaj. Bierz do tramwaju i do metra. Wyjdziesz na intelektualistę jak cię zobaczą co czytaszJ To naprawdę tytuł, który polecam wszystkim.

 

Grafika: freeimages.com/David Grey